piątek, 12 sierpnia 2016

Robert Jordan - "Dech zimy" (tom 9 cyklu Koło Czasu).

Dobry tydzień temu ukończyłam lekturę dziewiątego tomu Jordanowskiej sagi "Koło Czasu". Był to "Dech zimy". Tytuł jest moim zdaniem nawiązaniem do aktualnej pory roku w książce, ale nie tylko. Poza tym stanowi aluzję do nabytych przez głównego bohatera - Randa al'Thora, Smoka Odrodzonego - cech charakteru. Postać ta niejako twardnieje wewnętrznie, czyniąc się z usposobienia podobnym właśnie do "serca zimy" (tłumaczenie tytułu omawianego dzieła dosłownie z angielskiego). Nic dziwnego, wszak ostatecznie ma stanąć w Ostatniej Bitwie do boju z samym Czarnym, antytezą Stwórcy. Mimo wszystko miewa też przebłyski cieplejszych uczuć, chociażby do ukochanych kobiet, miłości jego życia. Tak, kobiet, bowiem Rand kocha ... trzy kobiety - dla ścisłości powiem, że chodzi o "damy jego serca", ukochane, z którymi pragnie spędzić wspólne życie. Tak czy inaczej, jest przecież Aielem.

Tradycyjnie uchylę jedynie rąbka początkowej akcji książki. I tak: zgromadzona w podziemiach Białej Wieży grupa sióstr Aes Sedai przesłuchuje jedną z nich w celu rozeznania się, czy przynależy ona do Czarnych Ajah. Siostry czynią to na zlecenie Elaidy. Podejrzenia okazują się być prawdziwe. Elayne w pałacu Caemlyn naradza się z głowami najważniejszych rodów Andoru, w celu przywrócenia porządku w mieście, plenią się bowiem wszelkie zbrodnie, odkąd opuścili je Aielowie Randa. Spotkanie zostaje przerwane najpierw przez Athan Miere, potem Taima i Ashamanów, a następnie przez grupę Panien Aielów, ponieważ przyszedł czas na odprawienie ważnej ceremonii. Jakiej ? Dowiecie się czytając książkę. Podpowiem tylko, że Elayne oraz jeszcze jedna osoba długo i niecierpliwie na nią oczekiwały.


Przyznam, iż ostatnio sporo czasu zajmuje mi przeczytanie kolejnych tomów "Koła Czasu". Jest to niezawodny znak na ... małą odmianę. Tak więc w przyszłych postach możecie spodziewać się zmiany gatunku oraz ... oczywiście obszerności czytanych przeze mnie książek. Innymi słowy: przyszła pora na dzieła już nie fantasy, a science fiction, jak również na lektury nieco cieńsze. Dodam jednak, że z całą pewnością do sagi Jordana powrócę, bo jest to prawdziwa perełka wśród pozostałych książek z dziedziny fantasy. Przyrównywana jest nawet do dzieł Tolkiena, a to już niebagatelna sprawa. Styl narracji jest oczywiście inny u obu autorów, lecz każdy z nich wytwarza swoisty klimat, niepowtarzalny i wyjątkowy, niemożliwy do pomylenia.

"Dech zimy" jest książką na tyle "grubą", abyście mieli co czytać w wolnym czasie. Zresztą identycznie jak tomy poprzedzające. Czytać nieprzerwanie i wszystkie po kolei może chyba jedynie prawdziwy pasjonat książek z dziedziny fantasy. Moim skromnym zdaniem ja się do takich zaliczam :) Inaczej nie wytrwałabym tak długo - aż do dziewiątego tomu. Nie wszystkie wątki czytam z równym zainteresowaniem, jednakże nie brakuje ich w tej doniosłej sadze. Doniosłej z punktu widzenia ... znowuż miłośnika fantasy :) Jest czasem tak, że czeka się na kontynuację ulubionych wątków, a z mniejszym nieco zainteresowaniem czyta się te, do których pała się już nie taką sympatią i zainteresowaniem. W moim przypadku wszelkie opisy bitew oraz uszeregowania wojska czy kolejnych etapów walki budzą chłodniejsze uczucia. Mimo wszystko saga sama w sobie jest interesująca i warta przeczytania. Z pewnością wytrwam do ostatniego, czternastego bodajże tomu. Pozdrawiam moli książkowych :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz