sobota, 20 sierpnia 2016

Lois McMaster Bujold - "Strzępy honoru" (tom 1 serii Barrayar).

Cykl autorstwa Pani McMaster Bujold, czyli oczywiście "Barrayar", jest jedną z moich ulubionych serii książkowych z dziedziny science-fiction, za którym to przepadam :) Czytałam go już kiedyś w wersji elektronicznej, teraz ponownie poświęcam się lekturze, ale już w wersji tradycyjnej, bo papierowej. Przyznaję, że bardzo trudno jest go dostać w normalnej księgarni, bo prawdopodobnie nakład już się wyczerpał, a nie ma dodruków. Identycznie jest z księgarnią internetową. Dostać można dopiero książki używane - na Allegro. Tak właśnie nabyłam tę wyjątkową dla mnie serię (na razie cztery pierwsze tomy). Jestem już po lekturze części pierwszej, noszącej nazwę "Strzępy honoru". Książka jest bardzo ciekawa, oczywiście przedstawia jakąkolwiek wartość tylko w oczach prawdziwego wielbiciela literatury fantastyczno-naukowej.

Akcja zawiązuje się na eksplorowanej po raz pierwszy przez nację Betan planecie, przypominającej nieco Ziemię, ponieważ tak samo są na niej warunki do egzystencji. Wykształciła ona nawet swoiste formy życia, różniące się nieco od ziemskiej flory i fauny, jednak będące interesującym obiektem do badań. Tak jest przynajmniej w przypadku flory, bo już zwierzęta przypominają gigantyczne owady, ze szczękami jak brzytwy. Główni bohaterowie, Cordelia Naismith i Aral Vorkosigan, należą do odmiennych i będących w stanie wzajemnej niechęci planetarnych narodowości. A szczególnie już po ataku Barrayarczyków (do których zalicza się Vorkosigan) na ekspedycję badawczą Betan, obozującą na opisywanej planecie. Ginie większość jej członków. Przy życiu pozostaje jedynie Cordelia oraz jeden z członków załogi.

Okazuje się, iż (oczywiście) Aral Vorkosigan nie jest odpowiedzialny za atak, inaczej bowiem nie byłaby to optymistyczna space-opera (chociaż i niepozbawiona elementów mniej "radosnych"). Widzimy wspólną wędrówkę Cordelii i Arala po dziwnej nieco planecie, która nie szczędzi im prawdziwych niespodzianek, jak atak monstrualnych niby-krabów albo trochę mniej groźne "latające bańki". W trakcie podróży nawiązuje się sympatia pomiędzy jej uczestnikami - wyłączając dodatkowego członka betańskiej załogi, który na skutek kontaktu z barrayarskim porażaczem nerwowym jest fizycznie oraz psychicznie na poziomie kilkuletniego dziecka i trzeba się nim opiekować (posiada zniszczony w znacznym stopniu układ nerwowy).

Czy sympatia głównych bohaterów przetrwa próbę czasu ? A może przerodzi się w coś więcej ? Na te pytania nie udzielę odpowiedzi, abyście sami przeczytali książkę i dowiedzieli się więcej. Przyznam, że bardzo podobają mi się opisy przyrody tajemniczej planety, no i rzecz jasna wymyślonej technologii, jak również sposobu życia rozmaitych narodowości. Wszystko brzmi doprawdy wiarygodnie, stanowiąc znakomitą pożywkę dla wyobraźni czytelnika. Tytuł "Strzępy honoru" jest znaczący, ponieważ późniejsze poczynania Cordelii, jak też przeszłość Vorkosigana, doskonale tłumaczą taką właśnie nazwę książki. Nie jest ona zbyt obszerna, bowiem liczy sobie niewiele ponad 300 stron. Wydana została dzięki uprzejmości wydawnictwa "Nowa Fantastyka". Papier jest wprawdzie średniej jakości, noszący ślady czasu (pożółknięcie kartek), ale to ostatnie jest z pewnością naturalnym skutkiem zużywania się. Niektórzy żywią ciepłe uczucia do takiego właśnie papieru, w tym i ja. Sama książka jest warta poznania, głównie przez miłośników dobrego science-fiction. Zapraszam do lektury.

piątek, 12 sierpnia 2016

Robert Jordan - "Dech zimy" (tom 9 cyklu Koło Czasu).

Dobry tydzień temu ukończyłam lekturę dziewiątego tomu Jordanowskiej sagi "Koło Czasu". Był to "Dech zimy". Tytuł jest moim zdaniem nawiązaniem do aktualnej pory roku w książce, ale nie tylko. Poza tym stanowi aluzję do nabytych przez głównego bohatera - Randa al'Thora, Smoka Odrodzonego - cech charakteru. Postać ta niejako twardnieje wewnętrznie, czyniąc się z usposobienia podobnym właśnie do "serca zimy" (tłumaczenie tytułu omawianego dzieła dosłownie z angielskiego). Nic dziwnego, wszak ostatecznie ma stanąć w Ostatniej Bitwie do boju z samym Czarnym, antytezą Stwórcy. Mimo wszystko miewa też przebłyski cieplejszych uczuć, chociażby do ukochanych kobiet, miłości jego życia. Tak, kobiet, bowiem Rand kocha ... trzy kobiety - dla ścisłości powiem, że chodzi o "damy jego serca", ukochane, z którymi pragnie spędzić wspólne życie. Tak czy inaczej, jest przecież Aielem.

Tradycyjnie uchylę jedynie rąbka początkowej akcji książki. I tak: zgromadzona w podziemiach Białej Wieży grupa sióstr Aes Sedai przesłuchuje jedną z nich w celu rozeznania się, czy przynależy ona do Czarnych Ajah. Siostry czynią to na zlecenie Elaidy. Podejrzenia okazują się być prawdziwe. Elayne w pałacu Caemlyn naradza się z głowami najważniejszych rodów Andoru, w celu przywrócenia porządku w mieście, plenią się bowiem wszelkie zbrodnie, odkąd opuścili je Aielowie Randa. Spotkanie zostaje przerwane najpierw przez Athan Miere, potem Taima i Ashamanów, a następnie przez grupę Panien Aielów, ponieważ przyszedł czas na odprawienie ważnej ceremonii. Jakiej ? Dowiecie się czytając książkę. Podpowiem tylko, że Elayne oraz jeszcze jedna osoba długo i niecierpliwie na nią oczekiwały.

Przyznam, iż ostatnio sporo czasu zajmuje mi przeczytanie kolejnych tomów "Koła Czasu". Jest to niezawodny znak na ... małą odmianę. Tak więc w przyszłych postach możecie spodziewać się zmiany gatunku oraz ... oczywiście obszerności czytanych przeze mnie książek. Innymi słowy: przyszła pora na dzieła już nie fantasy, a science fiction, jak również na lektury nieco cieńsze. Dodam jednak, że z całą pewnością do sagi Jordana powrócę, bo jest to prawdziwa perełka wśród pozostałych książek z dziedziny fantasy. Przyrównywana jest nawet do dzieł Tolkiena, a to już niebagatelna sprawa. Styl narracji jest oczywiście inny u obu autorów, lecz każdy z nich wytwarza swoisty klimat, niepowtarzalny i wyjątkowy, niemożliwy do pomylenia.

"Dech zimy" jest książką na tyle "grubą", abyście mieli co czytać w wolnym czasie. Zresztą identycznie jak tomy poprzedzające. Czytać nieprzerwanie i wszystkie po kolei może chyba jedynie prawdziwy pasjonat książek z dziedziny fantasy. Moim skromnym zdaniem ja się do takich zaliczam :) Inaczej nie wytrwałabym tak długo - aż do dziewiątego tomu. Nie wszystkie wątki czytam z równym zainteresowaniem, jednakże nie brakuje ich w tej doniosłej sadze. Doniosłej z punktu widzenia ... znowuż miłośnika fantasy :) Jest czasem tak, że czeka się na kontynuację ulubionych wątków, a z mniejszym nieco zainteresowaniem czyta się te, do których pała się już nie taką sympatią i zainteresowaniem. W moim przypadku wszelkie opisy bitew oraz uszeregowania wojska czy kolejnych etapów walki budzą chłodniejsze uczucia. Mimo wszystko saga sama w sobie jest interesująca i warta przeczytania. Z pewnością wytrwam do ostatniego, czternastego bodajże tomu. Pozdrawiam moli książkowych :)